Małgorzata Piątkowska "Dziecko Kolumbów"

Szkoła Podstawowa dla dzieci niedosłyszących mieściła przy alejach Ujazdowskich, tuż przy Instytucie Głuchoniemych na placu Trzech Krzyży w Warszawie. Obecnie znajduje się tam Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli, a obok budynku dumnie wznosi się pomnik Wincentego Witosa. Kiedy chodziłam do pierwszej klasy do szkoły woził mnie tata. Pamiętam woźnego, który zawsze ucinał sobie z nim pogawędkę, gdy w szatni zmieniałam obuwie. Bardzo lubiłam naszego woźnego, starszego pana, który był człowiekiem niezwykle pogodnym i świetnie sobie radził ze szkolnymi urwisami.

Któregoś dnia woźny powiedział do mnie: „Fajnego masz dziadka”. Uśmiechał się przy tym szczerze, a mnie zamurowało. Po chwili wydukałam: to mój tata. Woźny nie ukrywał zdziwienia, a ja uświadomiłam sobie wtedy coś ważnego. Zrozumiałam, że moi rodzice są o wiele starsi od rodziców moich rówieśników. Z każdym rokiem zastanawiałam się nad tym coraz głębiej, aż zrozumiałam, że moimi rodzicami są Kolumbowie, ludzie, którym okrutna wojna zabrała najpiękniejsze lata. W wieku 18. lat musieli stawić czoła nowej, niespodziewanej i trudnej sytuacji. Musieli być dzielni, aby przetrwać. Woźny nie zdawał sobie sprawy, że swoimi słowami wywołał we mnie dodatkowe poczucie zagrożenia. Oprócz świadomości, że nie ma dla mnie miejsca wśród zdrowych rówieśników doszedł strach, że skoro mam starszych rodziców, to mogą niedługo umrzeć i jak ja sobie poradzę, gdy mi ich zabraknie.

Postanowiłam więc być dzielna. Starałam się jak najwięcej zrozumieć z otaczającego mnie świata, aby stawić czoła przeciwnościom losu. Jako mała dziewczynka budziłam się w nocy i sprawdzałam czy oddychają. Lęk o życie rodziców pozostał mi na resztę życia.

Dwa światy i dom

Pierwszy świat - szkoła specjalna

Jednym z moich światów była szkoła specjalna dla dzieci niedosłyszących. Nie nosiłam nawet aparatu, bo nieźle słyszałam. W każdym bladź razie o wiele lepiej niż moje koleżanki i koledzy z klasy. Z nauką nie miałam najmniejszych problemów. Nauczyciele zawsze wybierali mnie na akademie szkolne do deklamowania wierszy, a w starszych klasach do ich prowadzenia. Wygrywałam w różnych konkursach, prowadziłam lekcje w dniu ucznia, zajmowałam się gazetką szkolną (pisałam artykuły i poezje), należałam do samorządu szkolnego, byłam przewodniczącą sądu koleżeńskiego i prowadziłam rozprawy wydając wyroki. W szkole specjalnej byłam więc niemal gwiazdą, wszystko stało przede mną otworem. Czułam się bardzo pewnie, błyszczałam.
Drugi świat - podwórko

Byłam niczym – nie nikim, tylko niczym. Nawet nie pamiętali mojego imienia. Wyśmiewana, poniżana szukałam nadziei na przyjaźń, której nigdy w tym miejscu nie znalazłam. Długo nie mogłam się z tym pogodzić i długo w swej dziecięcej naiwności pozwalałam na to, aby wykorzystywano mój niedosłuch do obrzydliwych żartów. Mama z litości mówiła: „Nie wychodź dziecko na podwórko, bo będą się z Ciebie śmiać”.
Dom

Tu było skromnie, czysto, uczciwie. Rodzice swoją prostotą życia zaskarbili sobie moją wielką miłość. Nie wiedzieli jednak jak pomóc mi poukładać sobie wszystko to, czego nie mogłam zrozumieć, jak pogodzić ze sobą dwa światy, które były czymś nieuniknionym w moim życiu. Miałam brata, ale dzieliło nas wtedy jeszcze wiele. Czuło się prawie 5-letnią różnicę wieku, a poza tym on słyszał i miał swój świat, który pochłonął go bez reszty – grał w piłkę nożną.

Droga ku „normalności”

W okresie dojrzewania trudno było mi się pozbierać, rozpoczęłam więc świadomą walkę o swoje istnienie w otaczającym mnie świecie.

W szkole specjalnej zaczęłam się uczyć skromności wobec tych, którym jest trudniej ode mnie, zaczęłam pomagać i nie myślałam już tylko o tym, aby być zawsze najlepszą. Działałam w harcerstwie i prowadziłam zbiórki z zuchami w swojej szkole, a potem w Instytucie Głuchoniemych, dzięki czemu jako członek kadry instruktorskiej uczestniczyłam w obozach harcerskich. Na podwórku nie szukałam już na siłę przyjaźni.

Wiele jeszcze było przede mną, dużo musiałam doświadczyć, aby zrozumieć normy społeczne, aby odnaleźć siebie, swoją tożsamość i ukształtować własną osobowość.

Spotykałam po latach moich kolegów z podwórka. Jako dorośli ludzie rozmawialiśmy już zupełnie inaczej. Nie było już drwin, było zdziwienie, że jestem „normalna”. Nie o wszystkich spośród dwudziestki, która stanowiła stałe grono podwórkowe, wiem, jak im się w życiu powiodło, kim są teraz. Wielu jednak nadal mieszka w okolicy i z własnej woli stali się osobami wykluczonymi społecznie: są kiepsko wykształceni, nie pracują, piją, a niektórzy mają „dorobek” kryminalny. Nawet tym mówię dziś „dzień dobry”. Nie wstydzę się, że ich znam, choć często wyglądają na ,,wczorajszych”. To oni wstydzą się tego co sobą prezentują, a ja nie muszę wstydzić się tego, że nie słyszę, choć to właśnie stanowiło powód odrzucenia mnie przed laty przez środowisko podwórkowe. Nikt wtedy nie zadał sobie trudu, aby poznać mnie lepiej i pozwolić mi po prostu z nimi być.

Dziś już nie oglądam się wstecz z poczuciem żalu i krzywdy. Porzucając te uczucia stałam się wolna. Tak, wolna! Współczuję swoim wrogom, bo nie wiedzieli co czynią. Poszłam swoją drogą i odnalazłam się, choć był to długi dystans z przeszkodami. Nie oznacza to, że już doszłam do końca swej wędrówki, bowiem coraz to nowe cele rodzą się w miarę moich doświadczeń i rozwoju, który nieustannie trwa.

Na głęboką wodę

Do Liceum Ekonomicznego poszłam bez przekonania. Wolałam Liceum Pedagogiczne, ale okazało się, że ze względu na wadę słuchu nie mogę się tam uczyć. Z pierwszego wypracowania z polskiego dostałam tróję. Byłam zaskoczona i rozczarowana. Nie rozumiałam dlaczego. Przecież tak świetnie pisałam w szkole podstawowej i bardzo dobrze się uczyłam… Wreszcie zrozumiałam, że szkoła specjalna realizowała program dostosowany do możliwości osób niedosłyszących, co sprawiło, że powstała ogromna przepaść między kształceniem powszechnym a specjalnym. Mocno odczułam to na własnej skórze. Z trudem nadrabiałam zaległości, zwłaszcza, że przez 3 lata szkoły średniej często leżałam w szpitalu, miałam 4 operacje. Pracę dyplomową broniłam niedługo po operacji, zakrywając chustką bandaże.

Małżeństwo i macierzyństwo

Wyszłam za mąż bardzo wcześnie, zaraz po skończeniu liceum. Rok później urodziła się Renia. Okazało się, że też niedosłyszy. Nie było rozpaczy. Był smutek i postanowienie, że się nie damy. Pojawienie się Reni na świecie sprawiło, że poczułam, jak bardzo ważne jest to jak ja sobie z tym poradzę, że jej życie zależy ode mnie, że nie mogę niczego przeoczyć, zmarnować, bo będzie potem jej ciężko. Czułam ogromny ciężar odpowiedzialności, chciałam, aby jej było łatwiej niż mnie.

Rehabilitacja i edukacja Reni

Postanowiłam, że Renia pójdzie razem z rówieśnikami do przedszkola. Chciałam, aby nauczyła się mówić i porozumiewać z innymi. Wiedziałam bowiem, że nie ucieknie przed światem osób słyszących, stąd im wcześniej rozpocznie się naturalny proces socjalizacji, tym bardziej będzie skuteczny. Pierwszy aparat Renia dostała w przedszkolu, pierwsze dni z aparatem były ogromnym przeżyciem. Duży aparat wielkości przeciętnego telefonu komórkowego i dwa sznurki z wkładkami usznymi, wzbudziły ogromną ciekawość dzieci, na szczęście szybko zaspokojoną dzięki mądrym paniom wychowawczyniom, które za moją radą wyjaśniły zasadę działania aparatów porównawczo, wskazując na przydatność okularów u osób z wadą wzroku.

W 1987 roku warunkiem przyjęcia dziecka do przedszkola, była między innymi praca zawodowa obojga rodziców. Nie mogłam zatem skorzystać z 6-letniego urlopu wychowawczego, musiałam iść do pracy i pogodzić wszystko tak, aby Renia nic nie straciła, zwłaszcza, że bardzo dużo czasu trzeba było poświęcić na rehabilitację słuchu i mowy. Za priorytet uznałam jednak wychowanie. Nie chciałam, aby moje dziecko czuło się niedowartościowane, co mogłoby ograniczać jego rozwój. Nie chciałam też, aby było nastawione roszczeniowo do życia, aby nie miała poczucia, że jest pokrzywdzona przez los i że z tego powodu wszystko jej się należy. Chciałam ją nauczyć tego, że ludzie lubią i wolą otaczać się tymi, którzy dobrze sobie radzą, uważają się za szczęśliwych, mają poczucie humoru. A przede wszystkim, że warto być dobrym człowiekiem, uśmiechać się mimo przeciwności losu,. Kupowałam różne książeczki i gazetki z dowcipami, które czytałyśmy zrywając boki ze śmiechu. Była to świetna terapia, bowiem nie tylko realizowałam swój plan wychowawczy, lecz uczyłam ją także rozumieć słowa i konteksty wynikające z dowcipów. Po wielu latach, prowadząc zajęcia dla dorosłych osób niedosłyszących i głuchych z zastosowaniem dowcipu werbalnego, miałam okazję przekonać się po raz kolejny, że większość z nich ma zaburzoną strukturę językową, w tym semantykę i syntaktykę. Powoduje to niekiedy problemy w załatwieniu prostych spraw w urzędach, ograniczając tym samym ich samodzielność życiową.

Wiedziałam, że tak się dzieje z tymi, którzy chodzą do szkoły specjalnej. Mam wielu kolegów i koleżanki, którym jest przez to trudniej funkcjonować w świecie osób słyszących, trudniej im zdobyć lepsze wykształcenie, trudniej o pracę. Mają na ogół gorszą sytuację ekonomiczną i potrzebują wsparcia ze strony rodziny i państwa.

Sześcioletnia Renia przeszła wiele badań psychologicznych, których celem było sprawdzenie jej rozwoju intelektualnego, emocjonalnego, językowego i komunikacji społecznej. A wszystko to po to, aby ustalić do jakiej szkoły podstawowej powinna pójść. Nie wyobrażałam jej sobie w szkole specjalnej, może właśnie dlatego, że sama do takiej chodziłam. Nie mogłam i nie chciałam wysłać mojej córki do „getta” zamkniętego i odizolowanego od reszty świata. Tymczasem dzieci z tak dużym ubytkiem słuchu kierowano do szkół specjalnych. Ja miałam już upatrzoną nowo powstałą blisko domu szkołę społeczną, do której było bardzo ciężko się dostać. Mimo wstępnej niechęci kierownika Wojewódzkiej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej udało mi się uzyskać zaświadczenie popierające przyjęcie jej do tej szkoły. Ale postanowiliśmy też wspólnie odroczyć obowiązek szkolny i lepiej przygotować Renię do obowiązku szkolnego w szkole masowej. Dlatego ponownie poszła do zerówki, a dzięki zmianom ustrojowym i legislacyjnym w Polsce mogłam wziąć urlop wychowawczy i cały swój czas poświęcić na jej rehabilitację.

W tym czasie naszym życiu rodzinnym zaszło wiele zmian, a najważniejszą z nich było pojawienie się drugiego dziecka. Kiedy chodziłam w ciąży zadawano mi pytania, czy nie boję się, iż drugie dziecko też nie będzie słyszało. Odpowiadałam, że wiem już co się w takich przypadkach robi. Mówiłam też, że tyle jest dzieci niekochanych, porzuconych w domach dziecka, a także dzieci wychowujących się bez miłości w domach rodzinnych, a ja będę na pewno będę swoje dziecko kochać. Nie bałam się i czekałam na nie z radością. Michaś urodził się zdrowy. Myślę sobie czasem, że moja wiara i miłość sprawiły, że tak się stało.

Będąc z dziećmi w domu mogłam obserwować ich rozwój. Wokół Reni tworzyłam taką atmosferę, by poczuła, iż jest nam ogromnie potrzebna, zwłaszcza kiedy trzeba było zajmować się małym braciszkiem. Nie chciałam, aby myślała, że teraz ją mniej kocham.

Ogromną radością było dostanie się jej do wymarzonej Szkoły Podstawowej Społecznej im. Dzieci Zjednoczonej Europy. Podczas egzaminu wstępnego okazało się, że była świetnie przygotowana do obowiązku szkolnego, znalazła się wśród najlepszych i to było jednym z czynników, które zadecydowały o jej przyjęciu. Szkoła z klasami 16-osobowymi była komfortem, gdy w szkołach powszechnych klasy liczyły ponad 30. uczniów.

Wciąż byłam obecna w życiu szkoły, zwłaszcza przez pierwsze lata nauki. Rozmawiałam ze wszystkimi nauczycielami. Nie prosiłam o specjalne, lepsze, bardziej pobłażliwe traktowanie mojej córki, ale o to aby zwracali uwagę na to czy rozumie polecenia nauczycieli, czy słyszy co mówią koledzy. A jeśli nie, to konieczne było powtórzenie, tak aby mogła tak jak inni uczyć się wszystkich przedmiotów i zdobywać wiedzę i umiejętności zgodnie z programem szkolnym.

Szyłam szarfy na lekcje WF, chodziłam z klasą na basen, na korty tenisowe, na wycieczki do muzeum, teatru, jeździłam na zielone szkoły, pomagałam także organizować imprezy szkolne. Nauczyciele byli otwarci na współpracę, choć czasem ścierały się nasze podejścia do spraw nauczania Reni. Nie była dobra ze ścisłych przedmiotów, a na dodatek wada słuchu i jednak wciąż uboższe w stosunku do słyszących rówieśników słownictwo, sprawiały, że było jej naprawdę ciężko. Z jednej strony, nie chciałam, aby była traktowana bardziej ulgowo, a z drugiej liczyłam na to, że jeśli jest mniej uczniów w klasie, to nauczyciele mogliby poświęcić jej więcej czasu na wyjaśnienie tematu. Chciałam aby częściej umożliwiali jej aktywne uczestnictwo w lekcji, a gdy była odpytywana, aby robili to mając stuprocentową pewność, że rozumie polecenie, bowiem wtedy dopiero będą mogli rzetelnie ocenić jej wiedzę. Trudno było wyznaczyć granicę między standardowym podejściem do ucznia, a wsparciem jakie powinna otrzymać Renia, która niechętnie korzystała z „douczek” realizowanych w grupie. Dla niej byłyby wskazane dodatkowe, indywidualne zajęcia z nauczycielem przedmiotu, co było wtedy niemożliwe do zrealizowania, a co jest obecnie powszechnym działaniem wobec uczniów niepełnosprawnych, uczęszczających do szkół masowych.

Miałam zasadę, którą stosowałam od początku do końca – nie odrabiałam z Renią lekcji. Kładłam nacisk na rozwój słownictwa, na fleksję, bowiem im większy zasób słów i poprawność językowa, tym lepsze rozumienie świata; to klucz do wszystkich dziedzin wiedzy. Pomagałam, gdy nie rozumiała poleceń zadanych w ramach pracy domowej, ale robiłam to od podstaw; wyjaśniałam słowo po słowie, razem sprawdzałyśmy w słowniku co one znaczą, pytałam co zrozumiała i zapamiętała z lekcji.Takim sposobem wykształciłam w niej samodzielną naukę i dochodzenie do źródeł wiedzy. Sprawę poprawności mówienia od strony artykulacyjnej potraktowałam oczywiście jako bardzo ważną, ale drugorzędną przy tak dużej ilości potrzeb rozwoju u Reni. Dlatego logopedę odwiedzałyśmy co drugi-trzeci tydzień, uzupełniając ćwiczenia artykulacyjne w domu. Częściej chodziłyśmy do pedagoga, bowiem wiedziałam, że najważniejszy jest rozwój językowy, intelektualny. I nie pomyliłam się.

Renia skończyła szkołę społeczną z dobrymi ocenami. Wizyta po 8. latach u tej samej pani psycholog, która badała sześcioletnią Renię, zanim zdecydowałam o jej drodze edukacyjnej, a która posiadała dokumentację z tamtych lat i ją doskonale pamiętała, teraz gdy miała okazję porównać jej rozwój, stwierdziła: „to niesłychane”. Powiedziała, że jej niechęć do kierowania dzieci niedosłyszących do szkół masowych wynika z obserwacji, jak się wyraziła, ,,zbyt wielu porażek”.

Do Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Kochanowskiego dostała się bez egzaminów, dzięki życzliwości dyrektora szkoły. Poświęcił swój cenny czas, aby wysłuchać mojej opowieści o Reni, o jej dotychczasowej edukacji, o niepełnosprawności i wspaniałych osiągnięciach mimo dopiero 15. lat. Wysłuchał, jak Renia interesuje się zwierzętami, od lat jeździ konno, zobaczył świadectwo kursu jeździeckiego i jej zdjęcia galopującej na pięknym rumaku. To uzasadniało wybór tej szkoły z klasą o profilu przyrodniczym. Opowiedziałam też o uzdolnieniach plastycznych Renatki i pokazałam piękne szkice. Umiejętności plastyczne miała okazję zaprezentować w galerii na Chmielnej, gdzie sprzedane zostały jej prace. Uczestniczyła w różnych konkursach plastycznych zdobywając nagrody. Mówiłam o umiejętnościach muzycznych, które odkryte zostały już w szkole podstawowej, bowiem dzięki ćwiczeniom słuchowym, rozwijaniu słuchu fonematycznego, okazało się, że mimo biologicznego niedosłuchu posiada słuch muzyczny. Z muzyką miała wiele wspaniałych przygód. Śpiewała nie tylko w chórze szkolnym, ale także w Teatrze Małym. Nauczyła się też grać na gitarze. Swoją grą umila czas spędzany w rodzinnym gronie, a także podczas spotkań z przyjaciółmi. Wsłuchani w muzykę i zapatrzeni w płomienie ogniska czujemy ciepło, bezpieczeństwo i siłę. Jesteśmy w stanie przenosić góry. Wszystko co życie niesie wydaje się być naturalne i nam wyznaczone, abyśmy nie trwali w bezczynności, rozpaczy, tylko pokonywali z pokorą, nadzieją, miłością i poczuciem spełnienia.

Liceum było kolejnym, niełatwym etapem w edukacji, przez którzy dzielnie przeszła do końca. Bardzo istotne i znaczące było to, że została zaakceptowana w nowej szkole przez swych rówieśników. Była nawet zdziwiona, że ją lubią i chcą jej powtórzyć coś, czego nie zrozumiała, pożyczają jej zeszyty i od niej też, dzielą się różnymi nowinkami szkolnymi. Uświadomiłam Reni, że to jej własna zasługa. Widać jest miłą i fajną osobą, skoro chcą się z nią kolegować. Przekonała się, że ludzie, którzy mają dobry charakter, są lubiani i otwierają się przed nimi nowe horyzonty. Uwieńczeniem nauki w liceum była zdana matura i egzamin wstępny na studia dzienne na kierunek zootechniczny przy Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Dziś Renia jest szczęśliwą studentką trzeciego roku. Za wyniki w nauce otrzymuje stypendium naukowe. Uczy się sama, świetnie bowiem potrafi zgłębiać tajniki wiedzy, a przy jej systematyczności i pracowitości osiąga sukcesy. I o to właśnie chodziło. Czyniłam wszystko, aby swoją miłością nie zagłaskać i nie ubezwłasnowolnić dziecka.

Potomkowie Kolumbów

Moje dzieciństwo przebiegało w innych warunkach ustrojowych i mentalnych, stąd na starcie już nie miałam szans. Wiele lat musiało upłynąć, abym mogła udowodnić sobie i światu, że nie jestem gorsza od innych. Dziś dzięki swojemu wykształceniu i działalności na wielu płaszczyznach życia społecznego, mogę służyć innym i tym samym czuć się potrzebną i dowartościowaną. Nie muszę się już martwić o dzieci tak bardzo, choć matczyna troska zostaje na zawsze, być czujną i gdy tylko będzie taka potrzeba wyciągnąć pomocną dłoń.

Pisząc o sobie jako dziecku Kolumbów, chciałam zaznaczyć, że lęki i słabości wynikające z zagrożeń mogą stać się naszą siłą. Dziś, jak Kolumb, odkrywam nowe lądy. Po pedagogice na Uniwersytecie Warszawskim otworzyłam przewód doktorski na Akademii Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej. Wszystko to dla mnie, dla innych, a przede wszystkim dla moich dzieci, niechaj płyną za mną i zaznaczają nowe ślady na mapie życia.

Już dawno postanowiłam, że będę żyć bez poczucia krzywdy i żalu o niełatwy los. Wciąż żyję w przekonaniu, że dostaję tyle ile potrafię znieść, a wszystkie problemy wzmacniają mnie coraz bardziej.

© 2017 Wszelkie prawa zastrzeżone